Był ktoś, kogo nie było.
Był czarny staw w parku nocą i śliskie błoto tam, gdzie kończyła się woda; delfiny wprowadzały w drżenie lustro zniekształcając rewers - przekrój mrocznego kamienia pełen żył, gałęzi i obcych wpływów.
Dookoła stawu biegła ścieżka, a biegiem jej grzbietu biegł mężczyzna w obcisłym ubraniu. Obiegał park, raz za razem przemierzał cylindrycznie wijące się jasne ciało ścieżki coraz silniej zaciskające się pętlą wokół stawu.
W wodzie biegł mężczyzna coraz dalej od środka, coraz mniej odbity, mniejszy i już prawie biegł po błocie. Wiązka delfinów, w którą zmienił się staw, grzęzła w niezadowolonych pomrukach.
Łuski na ciele ścieżki załamywały światło wydając przy tym głośny chrzęst, jakby kroków na żwirze. Miało zacząć padać, wciąż było sucho, prawie parno. Owady potonęły za dnia zwabione w gęstniejące wody stawu przez przyjemnie chłodne, jaskrawe odbicie. Mężczyzna biegnący po powierzchni zsunął się z grzbietu, po czym poślizgnął na brzegu. Zachwiał się i upadł twarzą wprost w tę resztę wody, która pozostała. Biegacz w stawie, prawie niewidoczny, zderzył się czołem z delfinem.
Był ktoś, kogo nie było, pod czarną kopułą.