czołgi


dzień nie działa co
dziennie działa

po ciskają w poli gony
z(a)d/y/a/szenie

bezdomu w domu
a ta grubsza sierść bardziej miękka
to lepiej więc skąd teraz
krzyczy z bólu ranny kot

linieje blade niebo świt smuży
transmisja do praeteritum
ktoś znów przebiega
dzieje (się) tutaj choćbyś nie chciał
wtedy tak samo, co dzień działa
ło łołoś
wbiegł na ulicę w wiersz
bo przenikanie, a cokolwiek
to łoś i kot i grubsza sierść,
bo przecież nie cegły transmisja drut

zamiast tytułu powinien być obrazek

fragment jasnej skóry
bluzka - linia między
obiecane rzeczy mają jasne związki
szorstki tors żyłki rozlane w kształt rzeki

rzut oka skradany czerwony i trudny
przez wilgoć snów w aurze przeciętnie upalnej
rozgrzane czoło zmarszczone i słone
sukienka ziemia wchłania roztarte łodyżki
spocony tors lepki czoło światło wody

włosy pół pytania
czerwone i brudne
ten skrawek pleców
podłużnie drapane
kamyki pod skórą sól język i ślina

fragment jasnej skóry obiecuje dużo

młodzi p po eci w zamku

knieje, knieje, oczy się mrowią
na szyszkach rozmnożonych
A.Artaud Poeto czarny

uzwratnia się koniec przez siebie do rana
drzewiej
zdrętwiała martwia drewnieję
dalej drzewiej

poeci dosiadają psów
dmie gończy                                       nątrz
rozpękły się szyby i rozleśno wew
                                                               i 
rozgarnij z         br                         p    kk
                                                                   ksele
                                  zuc         h a
                             d
                         rzew  i  
                                          e jj
                                                                nie kor
                                                                          z się
korzennij posadzkę g           ę
                                       rzęzn
w niej do ciebie              iiiii
rozgadnij z brz          m                  ie
                            ucha            gotan

masz pogłos słyszenia psów
rozpękły plecy
rozprysły siwo
drzewiś 
dmie gończy

rozdymi się koniec przez siebie do rana


ktoś był na drodze ale nie ma ciała

ona niby góra chciała żeby się zdobyć na nią, jemu właściwie nie o nią,  tylko żeby zamiast się wspinać przerosnąć i obejść się bez niej dookoła góry
dopiero później i tak pod spód i ze środka z nią wyjść na równinę wtedy skoro stamtąd przyszli osobno, ona z wężem, on z lirą przez jak nagi piszczel horyzont
rozbielił się atomowo
niczyja dłoń bo przecież nie jej
a i nie tego chłopca  co prowadził bo zniknął
już nawet lira znów
nawet dysharmonia
poprzesuwał piksele w świcie
nie ma żadnego ponad
można wspiąć się na drzewo
na drewniany krzyż w polu
na stację przekaźnikową
nic nie rozszarpie tylko rozmiażdży
przelot między
ti r
a
m
.

Warszawa Teheran

Był ktoś, kogo nie było.  

Był czarny staw w parku nocą i śliskie błoto tam, gdzie kończyła się woda; delfiny wprowadzały w drżenie lustro zniekształcając rewers - przekrój mrocznego kamienia pełen żył,  gałęzi i obcych wpływów. 

Dookoła stawu biegła ścieżka, a biegiem jej grzbietu biegł mężczyzna w obcisłym ubraniu. Obiegał park, raz za razem przemierzał cylindrycznie wijące się jasne ciało ścieżki coraz silniej zaciskające się pętlą wokół stawu.

W wodzie biegł mężczyzna coraz dalej od środka,  coraz mniej odbity, mniejszy i już prawie biegł po błocie. Wiązka delfinów, w którą zmienił się staw, grzęzła w niezadowolonych pomrukach. 

Łuski na ciele ścieżki załamywały światło wydając przy tym głośny chrzęst, jakby kroków na żwirze. Miało zacząć padać, wciąż było sucho, prawie parno. Owady potonęły za dnia zwabione w gęstniejące wody stawu przez przyjemnie chłodne, jaskrawe odbicie. Mężczyzna biegnący po powierzchni  zsunął się z grzbietu, po czym poślizgnął na brzegu. Zachwiał się i upadł twarzą wprost w tę resztę wody, która pozostała. Biegacz w stawie, prawie niewidoczny, zderzył się czołem z delfinem.

Był ktoś, kogo nie było, pod czarną kopułą. 

herstory

kiedy do niej przyszłam było już po
wszystkim było ciemno nie miała
w domu żadnej lampy powiedziała
że rozcięli jej brzuch w kształt ust opowiadała
dalej nieznane organizmy lęgły się
na języku w ich bladej poświacie zobaczyłam
że nie ma warg tylko granice dźwięku nie wiem
czy mnie słyszała wciąż mówiła
że leki że może zaszyją że uśmiecha się do mnie
moją prehistorią że przecież nie musi jeść żywi się
światłem połyka fale i robi z nich korpus w ten sposób
może się znaleźć rozstrzelana na pustyni
w błękitnym hełmie i w aureoli z dwunastu gwiazd
może maszerować dziarsko i zapadać się i zapylać
afgańskie buzie później lizała
kciuk i wycierała je wycinała kurpiowskie serwetki wyrywała
zęby ścianom gniazdka wiła
się wilgła jak sukienka niedzielna jak opowieść
o tym jak kiedy do niej przyszła i było już zupełnie ciemno
potknęła się o korpus w drzwiach
głowa leżała nieopodal wciąż mówiła że trzeba choinkę że karp że nóżki
zawiesiła na choince włosy anielskie i ręce nie starczyło
jej rąk żeby trzymać w górze cały czas
mówiła że potop że szwedzi i noe i oficerki nowe
tatuś kupił i przyszli po nie miała wyjść
za jednego z nich przygotowywała ozorki z języków
skapywał im sos ciekł po brodzie było go dużo
mógł płynąć po szyi piersi brzuchu mógł zrobić plamę
na podłodze kiedy nogi odnalazły siłę
odnalazła je w misie mył je jej i opowiadał
jak kiedy do niej przyszedł było już bardzo ciemno
nie zapalali  żadnej lampy rozstrzelany
na polu za stodołą jego korpus
w dwanaście gwiazd dwanaście gniazd
uwiły myszy w ramie fotela fortel przedni zastosowała przesłuchiwana
opowiadając im historię jak to kiedy przyszła
na świat było już zupełnie ciemno

sen ewy (eternal love story for sad weirdos)

z wnętrza największej ryby
roz - pościerza się widok na Czarne

KOŁO // OKO // WODY

dryfuje pelikan w cierniowej koronie

z ran
brzegiem dzioba płyną siwe włosy
i rzęsą Srebrna z piany i z wody

WYNURZENIE

ze środka nieświata [przetrwać!]

//szzz//cichajno//w kształt

mięśnie słyszą,  więc można stać na uszach
przeklinać klin z klingi co kazał
temu tam przyjść z niej i z pian pan przechmur
i nie pozwolił roz-szczepiać dla powielania
sadzonek poziomek z opóźnionym zapłonem

KULA // GAŁKA // ZIEMIA

rdzeń rozkręglony
STRIKE

negocjacje związków białka

skoro istnieje ryba
z której trzewi rozpościera się widok na Czarne
to może jest szansa na kontakt
związków z żebrem
żeby odbudować szkielet dla rdzenia światła
     Była miedza.  Między jednym polem błota a drugim biegła wyspą,  wałem, w głąb krajobrazu.  Biegła daleko, lekko się unosząc i opadając, jakby oddychała, jakby zastygła w powielonym w czasie falowaniu. Niknęła w przedeptaniu ścieżek bądź w zaroślach i tam właśnie gdzie jedynie niejasne przeczucie zastępowało istotność grzbietu, biegła jeszcze donośniej, dzieląc na pół las,  krzak i lisią norę.
     Była wieś. Wyrastała pobieleniem i płonącą w krajobrazie strzechą,  jak z obrazka. Wyrastała z wierzb i z marnego słońca, i z łupin par polnych jeszcze i z braku historii. Mieszkańcy wsi mieli drewniane twarze i może trochę zbyt sine,  jak u topielców, usta. Byli prości i z ciała, zupełnie biologiczni, całkiem podług tradycji, w podartych koszulach i brudzie.  Niektorzy brodzili w błocie, w kaloszach, bo raczej nie boso,  inni błądzili  całymi dniami w odrętwieniu,  z dziwnym zapamiętaniem oscylując między miedzą a wsią. Mieszkanki wsi miały małe dłonie i doleczki na palcach, jakby blizny po kukiełkowych sznurkach. Kiedy mężczyzni wychodzili,  one lepiły ze żwiru pulpety i stawiały babki z błota. Później razem wymadlały wiatr,  a ten zamieniał drobne kamyki w chleb i błoto w omastę.
Tak żyli,  bezbronni i bezdzietni wobec krajobrazu, a kiedy mieli umierać,  szli po kolei do ogromnej stodoły na samym skraju wsi. W domu obok mieszkała sama córka kowala. Ona jedna miała jędrne usta,  może trochę blade, ale nie ściśnięte. Nie lepiła z ziemi jak inne kobiety. Kazdy,  kto miał umrzeć, w odpowiednim czasie odwiedzał ją i przynosił podarunek.  Dostawał w zamian kolczyk wykuty specjalnie dla niego, cieniutki,  srebrny. Chował to głęboko w dłoniach. Pewnego dnia budził się z przekutym uchem.  wtedy zdejmowal buty i szedł tak przez całą wieś, boso, a kobiety tego dnia nie prosiły o wiatr. Przy drzwiach od stodoły czekała córka kowala. Zmarły brał od niej siennik i znikał za ogromnymi,  zbutwiałymi drzwiami. Kiedy swoje kolczyki dostali już wszyscy,  którzy mogli pamiętać zmarłego,  ten wracał. Trochę bardziej siny i pachnący zeschłą trawą. Niektórzy mieszkańcy wsi mieli po kilka kolczyków.  Im więcej, tym bliżej między starali się podejść i nocami udawało im się nawet na nią wejść. Spali wtedy snem sprawiedliwego, a o świcie ściągali gromadnie do wsi, by posilić się i zająć brodzeniem w błocie i lepieniem pulpetów z żwiru.
jesteś wnyki
jak się otwierasz we mnie

łuskasz guziki
z łupin koszuli
ona jest bandaż

jak się opatrzasz
we mnie odbiciem

i poraną rozwartą
wymawiasz roznocone szczeliny

koty ci włosami na wargach
szyją
stąd cichasz aż
sierść się jeży

opatrujesz obnażenia z oczu
i z liter
obrazy
z widokówek
obejrzawszy się poza siebie 
spostrzegł barana uwikłanego
rogami w zarośla
Rdz 22,13

składam się jak krzesło
                       jak do modlitwy
                      do poduszki głowa do snu
                                           do bólu

składam się jak ręce
                      kolana
                      jak w ofierze
                                 kostkę
                            do zerwania mięśni

dobrze się składa,  że przyszedłeś
składam się w papier do pakowania
                                        do origami żurawi

ATHANASIA

1.
dopóki myślimy
śmierć to tylko łuna pożaru

nasze truchła rozmawiają
jedzą i kupują w sklepie

już nadpalone
zostawiają po sobie
czarne plamy sadzy

poruszamy się w powietrzu 
jak w ziemi
jak dżdżownice
połykamy grudki przestrzeni
i wydalamy
przetrawione miejsca
bez uzasadnień
i bez form

2.
to będzie dżdżysty dzień
albo wilgotna od rozkładu noc

wyjdziemy na powierzchnię 
w deszczu meteorytów
i zamieszkamy w kałuży
razem z aniołami

bóg powróci na ziemię 
i zamieni nasz wszystkich
w tańczące jednokomórkowce


kosz z sitowia

kiedy umrę
i pochowacie mnie
na łące
zbudujcie nade mną
szałas
żebym miała gdzie
mieszkać

kiedy będziecie wracali
do miasta
niech się skrzy asfalt odbity
w białym słońcu

niech powrót wasz
będzie ostateczny

wtedy

przestanę powtarzać
wasze imiona

ciche włókno gruntu




Świerk - czarny cień
zatrzymał w biegu kangura
- przesmyk światła między chmurami

z płuc przedmuchana stężałym oddechem
zadawniona wypowiedź proszalna
znalazła posłańca niebios


maszyna do pisania

rozpsute czcionki
stykają się leżeniem

o psie
     który biegnie
     i nie zna słowa biegać

o łapach
     które piszą
     śladami rytm historii myśliwych

i o oczach
     które ślepe
     nie są dziełem Boga
     który stworzył ludzi

nieznacznie drżąc
pocierają się o siebie
chroboczą spacje i marginesy
czcionki
wybrzękują poza okładki

pogromy

podpalili gniazda niedługo
zasypią wszystkie nory
ziemia przestanie oddychać

trupi szybowiec nad miastem
określa granice przestrzeni

poroniony świt został spopielony

sowie rozpostarcie ramion
pustymi w środku kośćmi
przykrywa pierzchanie
palenie pieżyn i pieżei
między komorami
serca