jestem błękitną heroiną
strzelam z łuku do jabłek
na grzbiecie jeży mi się sierść
(śmierć mruczy jak borsuk)

jestem groteskowym zwierzęciem

z pępka wyrasta mi dzika roślina
jej kłącza obejmują cię w pasie
nigdy nie byłaś tak blisko







budada

jestem miękkim podbrzuszem węża
sunącego cicho po piasku

jestem podbitym okiem Boga
w oczach dziecka które widzi więcej

szkoła katolicka

jezus miał mnie w salonie
wirem błękitnego spojrzenia
poruszył niebo i ziemię
oraz moją sukienkę

przez fraktalne wzory
na dywanie
przenieśliśmy się na backstage

tam wiązał mi sandały
żebym nie musiała schylać się
jak Nike
i upajał
szmer em strumienia modlitwy
mocnej
jak spirytus sancti

kiedy zaszeleścił dzień
przestał udawać ciało
i przeszedł przez pokój
z wiatrem
tak samo papierowy
jak ludwik xvi
i moje doczepiane
pensjonarskie warkoczyki

LITURGIA GÓR


obłoki przechmurzają zaszumiałą łąkę
i przechmury rozobłoczyły posiwiały czas
kotliny klasztorne prześpiewują modły
krasowienie ciała cielesny kras

w kaplicach z płynącej wody
ostatni mszał błyszczy zasklepioną formą
kamyczki opadają ze sklepienia
na głowy pochylonych w wierze stalagmitów

z wiatru odrywają się kolejne włókna
jak sen zahaczając o wystające ze ścian
palce i nosy

porosty, pełznąc po zmurszałych twarzach
żłobią parowy
wokół oczu
które świecą
lepkim błękitem
zmętnienia

WIELOSTAN CZSU

wobec warunków pogodowych 
ducha
wyzionął betonowy postument
złożony z posklejanych konieczności

(zabytek, lata 90 XX wieku)

od powietrza głodu ognia i wojny

do dzisiaj kiedi wczoraj
przestrzeń suchego oceanu
i jutro znowu śnieg na tym samym
sennych wygnaniu

cement utrzymuje w miejscu
wibrujące figury świętych
wewnątrz

ostały się błękitne porosty

krucjata dziecięca

ostatni bulgot słońca
łaskocze stopy
czas nam iść

azymut wyznacza rozsypana ścieżka
wyprężonego ciała na tle nocy

tam, gdzie wykluwają się z jaj nasiona piasku
Bóg
dojrzewa swobodnie
w jałowej macicy księżyca

woda to tylko bardziej materialne chmury
i można po niej chodzić
kiedy zmieni się w wino lub dym

przed nami

powietrzne mosty z piany
na grzbietach dostojnych tsunami

świętość mieści się w zamkniętej dłoni
i z każdym kocham 
przesypuje się przez głębokie gardło na dno morza
udając zmarszczki czynione przez fale

azymut na wodę, w kieszeni świętość
zew
ciepła, które ukryte jest zawsze za następną krawędzią












***

płuca nie bolą
tylko krwawią i później czernieją

wtedy na wargach wyrastają cienkie włoski
białe łaskoczą szyję brzuch piersi barki usta

nie ma w nas już krwi

płuca nie bolą
nie wiemy
kiedy pęcherze zaczęły pękać

PIELGRZYMKA

pusty plac przy drodze
wyżej las i nad tym
wszystkim księżyc jak megafon
prześpiewuje obraz zimoszarym snem
kierowca autobusu
modli się razem z radiem

ATARAKSJA (JESTEM PTASZKIEM)

bulgot podskórny
fala fala falowanie mięśni
wiotczenie
koniuszków palców

reinterpretacja mrowienia
osady korników w kościach

czerwony zachód słońca pasuje jak ulał
ulewa
mi się

przestrzeń trzeźwej percepcji





substancja dnia dotrze do głowy przez pięty


w mieście z którego zawsze chcesz wyjść
narkotyczna obecność zapachu
niewyraźnie namalowanych kwiatów
na elewacji przedszkola czy biblioteki
ewoluuje w działania
wątpliwie powiązane z obserwowanym


w odwróceniu głowy
podnosi się choryzont
krucho, jak zdrewniały pacjent
co już dawno zapuścił korzenie



jedyne gromy którymi nauczyłeś mnie ciskać
to te wiecznie ostatnie-i-nigdy-więcej papierosy
wypalone rozpryskują się na złote iskry
o pierwszą napotkaną trzcinę

w ciemnym słupie nocy 
katalog zniszczeń wypełniają 
potrzaskane włókna sztywnych źdźbeł 
łąkowych i pokruszone paznokcie
wrastające w szczeliny
między cegłami studni

zawilgotniała wola zaraża
pleśnią chrust i mimo, że dom ten
stoi na krzemieniach
niespalone pamiętniki zmarłego ojca 
wciąż straszą rodową nudą



PO

Kochanie
są potężniejsze czary niż
znaczenia wynikłe z tego słowa

Twoje imię 
brzmiące na szynach spojrzeń 
gdzie szron dźwięczy setkami powiązań
po kablach z włosów błądzą ogniki
wybuchy atomowych słońc obwieściły koniec epoki
trakcję roznieśli złomiarze gry tylko zrobiło się cieplej
tory tamtego lata przetopione ostały na lufy karabinów
warg twoich fen miękki urwany w półtrelu jak hejnał
zaśpiewał nieobecny tam, gdzie nawet letejskie wody 
nie mają mocy zmywania pamięci chłopięcych występków
zostaliśmy dokładni zważeni i zmierzeni jak bokserzy przed walką

kategoria: piórkowa

naprzeciw siebie dusza
która rozpadła się na samoodnawialne komórki ciała

łokieć noga kość ślina pierś ramię usta dziewczyna

i egipska bogini, której twarzy nie zobaczysz

jądrowy mesjasz 
nie pozostawił tobie wzroku kiedy zabierał ci życie

proste

ołowiane spojrzenie naprzeciw pióra prawdy

napięta równowaga


OBRAZEK

narysowane budynki nie mogą ulec katastrofie
połóż się, już późno
dalej
uciekaj w kosmos pierza poduszki
miejsce bez samolotów ale i bez pamięci

nastepnego poranka i tak obudzisz się
w tym samym komiksie
bez dymków i kataklizmów

to wszystko kiedyś spłonie
i harcerze będą skakali przez ogienisko
szczęśliwi, ze udało im się rozpalić je
przy pomocy jednej zapałki

dziś jeszcze nic sie nie stanie
zapałki wciąż są wilgotne
jak oczy małych terrorystów
a krzesanie iskier spojrzeniem
to nie ten wiek

połóż się, już późno
narysowani ludzie nie umierają we śnie
ZNICZE ZAPALNICZKI

twoje dłonie oświetla jeno ta zielona gwiazda samolotu
zamknięta w czaszce pustej od ciągłego słuchania
Jej trupia poświata którą wywlekasz
z trzewi każdego z wierszy

granat roziskrzonej nocy
eksploduje nad gorącą głową ziemi

odłamki osobliwego katharsis
zrodziły sarnę po drugiej stronie ulicy
i martwą żabę tuż przed moimi stopami

zamilknij

pozwól rosnącej trawie
słyszeć dźwięki eolskiej harfy księżyca
najzwyklejszej lutni wetkniętej w okno naszych spojrzeń

oddychaj

oddychaj tak mocno, aż poczujesz
nabrzmiałe białą substancją dnia pęcherze
na gładkiej powierzchni płuc
i dopiero wtedy, nigdy wcześniej
spróbuj objąć jednym wdechem
całe wątpliwe ciepło ciała
ledwie zmarłego ptaka

zamilknij

nie ma w tobie miejsca nawet na ostatni
słoneczny blik z jego piór
cały wypełniony jesteś zeszłorocznymi liśćmi
na wiosnę trzeba będzie je spalić
zawinięte w papierosowe bibułki



ŹRÓDŁO BIJĄCE U STÓP PIERWSZEGO POCIESZYCIELA


Ja nie wyjdę, bo nie wierzę - zjawiska są nieodwracalne.
Witkacy

powszechnie uważa się, że niebo to tylko iluzja, a
ziemia to tylko planeta - okrągła i że wkoło jest więcej takich
pokazuje się zdjęcia i filmy,
że niby nawet ktoś tam był - gdzieś dalej,
gdzie żeby przejść po drodze mlecznej
nie trzeba już skakać z żadnego mostu
ziemia to garstka mięśni którą
potencjalne dziecko zaciska na
całkiem obecnym gardle pierwszej miłości
lepka struktura, która zasklepia ranę przed zagojeniem się
przyklejone do niej a ślinę pod kątem prostym niebo
to nie bezkres bez Boga i tlenu
tylko plakat z gazety, ulotka reklamowa,
podwieszany sufit w tekturowym pudełku
ostatecznie, i tak mieszkamy w kontenerze na galaktyczne odpadki
ale nawet ten karton bezdomnego ma obwieszone ściany
reprodukcjami dzieł mistrzów i nawet najstarszy żebrak wie,
kim był Chrystus
**

ślady samolotów
nad błogosławioną łąką na skraju nieba
to poranne słońce czczące zmierzch hali odlotów
poza ciszą z ptasich gardeł nic więcej tu nie ma

rozpęknięta skóra na skroniach i stopach 
broczy krwią mgieł miękkich nie ustaję w biegu
o obitych łokciach śpiewa Kalijope
i wciaż ma tę nadzieję że dobiję brzegu




IRKUCCY DRWALE MIELI CIĘŻKI DZIEŃ 

drzewo wyrasta
opasane 
u podstawy cierniową koroną
leśnego poszycia

eu dajmonia

najwyższa ilość dóbr dostępna roślinie 
- smagać liśćmi podbicie stóp najwyższego z bogów


przyszłość najwyższego z drzew
zapowiada się co najmniej mgliście,
pomruk silników spalinowych pił tężeje jako szadź 
na najpierwszych pąkach

i kiedy runie już ono martwe  
żywo iskrzyć się będzie
w słońcu południa wczesnoporanny strach

istnieje niebo dla psów ale twojego tam nie ma

dla bezpańskiego psa człowiek jest nieobecnym bogiem
półprawdziwym stwórcą z bronią palną w ręku

zdziecinniałe wilki błąkają się po lasach
widać je na przedmieściach i przy głównej drodze
przywiązane do gałęzi oczekują tam wniebowstąpienia
odrzucone przez wspólnotę wiernych ojców i dzieci

jedyny raj, który może im się zdarzyć
to reinkarnacja pod postacią żyznej ziemi

świtanie

czarne kształty i jasne niebo. skomplikowana wycinanka - prawie negatyw. horyzont robią drzeba wyciągajace w górę i wyżej środkowe palce. Na cztery strony świata gromkie spierdalaj wszelkiemu stworzeniu. świerki chcą być dzisiaj same, świetrk isą dzis contra, świerków soki witalne myśli są dziś daleko stąd tej nocy. gniew ich wodą, minerałami krzywda. zdrewniała kora smakuje skrzepniętą krwią - rozdrapane strupy.

Wykrwawianie się, krzepnięcie, zdychanie. To, co mogło umrzeć - umarło już jesienią, zgasło. Teraz żywe mięso szarpane wiatrem z północy obsypane zostało solą białych spojrzeń gwiazd.

Po dziś dzień od wieków procesy te plugawe zachodziły pod osłoną śniegu. Wilgotnie kojący balsam chronił zwłoki strareg roku przed zbezczeszczeniem. Przykrywał to wszystko, co postronnym obserwatorom wydaćby mogło się niesmaczne, w złym guście. To przecie nieeleganckie jest, truchło czasu niewykorzystanego gnijące na ledwie mokrej ziemi, niezmarźniętej do końca.

Jest ciepły grudzień, ostatnia noc starego roku. Dusza, która dziś ostatnia wyzionie ducha przez rok cały następny uwięziona będzie w kieracie Śmierci,

W nocy w ogrodzie jedynie wiatr spacceruje pustymi chodnikami. Pogłos płochych szeptów igra z echami chichotu w zaroślach. Każdy obcy tej melodii szelest, nieprzystający trask czy pomruk choćby suchych liści straszy intruzem, w aberracjach układanki szumów zieleń i duch każdy słyszy kroki. Rozbrzmiewaja tym donośniej, iż występują zazwyczaj w gromadach, a już pierwsza sugestia niezwykłego dźwięku sprawia, że ogród zamiera, nasłuchuje. Brzask wcześniej przerwać chce czas nocy, pogrążone w sobie nawzajem postaci razem ze wstydem zagubiły też rachubę czasu i teraz promienie pierwsze słoneczne skradają sie nieostrożnie, srożąc sierść nienasyconej jeszcze nocy?

Księżyc pierzcha, niedługo czwarta. Czas spać, nawet marom zielonym. Następna godzina należy już do duchów poteżniejszych wiele niż te dotychczas widziane. Wkrótce rozpęta się burza, uwolnione zostaną siły gotowe zmieść z powierzchni ziemi ogromne Himalaje. Starcie arcytytanów, Magów i Bogów. Zwycięzca będzie jeden i to w jego włądaniu pozostawać będą pozostałe stworzenia przez następny rok. To jemu przysługiwać będzie zaszczyt zawezwania Śmierci, Jemu jedynie posłusznej do swojego poprzednika. Po przesileniu - gorszego boga.