jezus miał mnie w salonie
wirem błękitnego spojrzenia
poruszył niebo i ziemię
oraz moją sukienkę
przez fraktalne wzory
na dywanie
przenieśliśmy się na backstage
tam wiązał mi sandały
żebym nie musiała schylać się
jak Nike
i upajał
szmer em strumienia modlitwy
mocnej
jak spirytus sancti
kiedy zaszeleścił dzień
przestał udawać ciało
i przeszedł przez pokój
z wiatrem
tak samo papierowy
jak ludwik xvi
i moje doczepiane
pensjonarskie warkoczyki
LITURGIA GÓR
obłoki przechmurzają zaszumiałą łąkę
i przechmury rozobłoczyły posiwiały czas
kotliny klasztorne prześpiewują modły
krasowienie ciała cielesny kras
w kaplicach z płynącej wody
ostatni mszał błyszczy zasklepioną formą
kamyczki opadają ze sklepienia
na głowy pochylonych w wierze stalagmitów
z wiatru odrywają się kolejne włókna
jak sen zahaczając o wystające ze ścian
palce i nosy
porosty, pełznąc po zmurszałych twarzach
żłobią parowy
wokół oczu
które świecą
lepkim błękitem
zmętnienia
WIELOSTAN CZSU
wobec warunków pogodowych
ducha
wyzionął betonowy postument
złożony z posklejanych konieczności
(zabytek, lata 90 XX wieku)
od powietrza głodu ognia i wojny
do dzisiaj kiedi wczoraj
przestrzeń suchego oceanu
i jutro znowu śnieg na tym samym
sennych wygnaniu
cement utrzymuje w miejscu
wibrujące figury świętych
wewnątrz
ostały się błękitne porosty
Subskrybuj:
Posty (Atom)