krucjata dziecięca

ostatni bulgot słońca
łaskocze stopy
czas nam iść

azymut wyznacza rozsypana ścieżka
wyprężonego ciała na tle nocy

tam, gdzie wykluwają się z jaj nasiona piasku
Bóg
dojrzewa swobodnie
w jałowej macicy księżyca

woda to tylko bardziej materialne chmury
i można po niej chodzić
kiedy zmieni się w wino lub dym

przed nami

powietrzne mosty z piany
na grzbietach dostojnych tsunami

świętość mieści się w zamkniętej dłoni
i z każdym kocham 
przesypuje się przez głębokie gardło na dno morza
udając zmarszczki czynione przez fale

azymut na wodę, w kieszeni świętość
zew
ciepła, które ukryte jest zawsze za następną krawędzią












***

płuca nie bolą
tylko krwawią i później czernieją

wtedy na wargach wyrastają cienkie włoski
białe łaskoczą szyję brzuch piersi barki usta

nie ma w nas już krwi

płuca nie bolą
nie wiemy
kiedy pęcherze zaczęły pękać

PIELGRZYMKA

pusty plac przy drodze
wyżej las i nad tym
wszystkim księżyc jak megafon
prześpiewuje obraz zimoszarym snem
kierowca autobusu
modli się razem z radiem

ATARAKSJA (JESTEM PTASZKIEM)

bulgot podskórny
fala fala falowanie mięśni
wiotczenie
koniuszków palców

reinterpretacja mrowienia
osady korników w kościach

czerwony zachód słońca pasuje jak ulał
ulewa
mi się

przestrzeń trzeźwej percepcji