Była miedza. Między jednym polem błota a drugim biegła wyspą, wałem, w głąb krajobrazu. Biegła daleko, lekko się unosząc i opadając, jakby oddychała, jakby zastygła w powielonym w czasie falowaniu. Niknęła w przedeptaniu ścieżek bądź w zaroślach i tam właśnie gdzie jedynie niejasne przeczucie zastępowało istotność grzbietu, biegła jeszcze donośniej, dzieląc na pół las, krzak i lisią norę.
Była wieś. Wyrastała pobieleniem i płonącą w krajobrazie strzechą, jak z obrazka. Wyrastała z wierzb i z marnego słońca, i z łupin par polnych jeszcze i z braku historii. Mieszkańcy wsi mieli drewniane twarze i może trochę zbyt sine, jak u topielców, usta. Byli prości i z ciała, zupełnie biologiczni, całkiem podług tradycji, w podartych koszulach i brudzie. Niektorzy brodzili w błocie, w kaloszach, bo raczej nie boso, inni błądzili całymi dniami w odrętwieniu, z dziwnym zapamiętaniem oscylując między miedzą a wsią. Mieszkanki wsi miały małe dłonie i doleczki na palcach, jakby blizny po kukiełkowych sznurkach. Kiedy mężczyzni wychodzili, one lepiły ze żwiru pulpety i stawiały babki z błota. Później razem wymadlały wiatr, a ten zamieniał drobne kamyki w chleb i błoto w omastę.
Tak żyli, bezbronni i bezdzietni wobec krajobrazu, a kiedy mieli umierać, szli po kolei do ogromnej stodoły na samym skraju wsi. W domu obok mieszkała sama córka kowala. Ona jedna miała jędrne usta, może trochę blade, ale nie ściśnięte. Nie lepiła z ziemi jak inne kobiety. Kazdy, kto miał umrzeć, w odpowiednim czasie odwiedzał ją i przynosił podarunek. Dostawał w zamian kolczyk wykuty specjalnie dla niego, cieniutki, srebrny. Chował to głęboko w dłoniach. Pewnego dnia budził się z przekutym uchem. wtedy zdejmowal buty i szedł tak przez całą wieś, boso, a kobiety tego dnia nie prosiły o wiatr. Przy drzwiach od stodoły czekała córka kowala. Zmarły brał od niej siennik i znikał za ogromnymi, zbutwiałymi drzwiami. Kiedy swoje kolczyki dostali już wszyscy, którzy mogli pamiętać zmarłego, ten wracał. Trochę bardziej siny i pachnący zeschłą trawą. Niektórzy mieszkańcy wsi mieli po kilka kolczyków. Im więcej, tym bliżej między starali się podejść i nocami udawało im się nawet na nią wejść. Spali wtedy snem sprawiedliwego, a o świcie ściągali gromadnie do wsi, by posilić się i zająć brodzeniem w błocie i lepieniem pulpetów z żwiru.